Dzisiaj w gimnazjum wydarzyło się coś co nie ma sobie równych historii. Przez 3 lata nic się ciekawego nie działo aż tu wkońcu 3 klasa, do szkoły doszli pierszaki. Czekam z całą klasą aż nauczyciel przyjdzie na lekcje (czekamy na korytarzu), a przed nami jakas klasa pierwszaków i bije się jakichś dwóch kurduplów. Na początku były to zwykłe przepychanki, aż tu nagle jeden z nich(chińczyk, pochodzi z chin
Dyrektorka widząc co się stało kazała pójść chińczykowi do dyrektora. Dwudziestolatek puścił chińczyka, a chłopiec wykorzystując sytuację podniósł prostokątną doniczkę z parapetu i rzucił nią w Orłowską (nauczycielka odsunęła się i kwiatek nie trafił ). Po nie udanym rzucie chińczyk rzucił drógą doniczką i tym razem trafił w nogę. Nagle woźny wszedł na pole bitwy i z dwudziestolatkiem trzymali napastnika. Po chwili chińczyk wydostał jedną rękę i jebnął woźnego w oko (woźny ma śliwkę). Chwilę później weszliśmy do klasy. W trakcie lekcji słyszeliśmy jak chińczyk się drze i prosi o wolność. Po lekcji chińczyk uspokoił się i przeniesiono go w jakieś miejsce. Na lekcji historii wisiała tabliczka że jeśli chińczyk (niewiem jak on się nazywa) zaatakuje albo będzie agresywny to należy zadzwonić po policje. Nauczyciel ostrzegał nas przed nim na początku lekcji. Kolejna lekcja, chińczyk ma biologie na 2 piętrze. Nagle wstał z ławki i otworzył szybko okno chcąc wyskoczyć. W ostatniej chwili złapał go jakiś uczeń. Na kolejnych lekcjach chińczyk siedział z woźnym a na przerwach w jakiejś kajucie, też z woźnym
Przedtem podobno jeszcze w dyrektora rzucał doniczkami