sarelo33 pisze:i jak tam z tą kampanią ile wam jeszcze zostało?
Od dziesięciu do dwudziestu misji...
Jeśli chodzi o fabułę: wypowiadać/rozpisywać się nie będę, bo to nie moja sprawa.
Mogę tylko poinformować, że misja 1 zostanie całkowicie odnowiona... (w tym momencie jesteśmy na etapie tworzenia skryptów)
Jeśli chodzi zaś o trójeczkę: tu także prace zostały wznowione...
Wygląda to ciężko, bowiem brak akapitów i innych pomocnych w czytaniu rzeczy, ale jest. W Wordzie wygląda o dobrych siedem niebios lepiej. Pierwszy zarys mapy przedstawiam poniżej i zaznaczam z góry, że jest on wersją pierwszą, przed którą liczne modyfikacje...
Ustalony poprzednio skład zajmie się tworzeniem misji 4WWK. Do czasu jej zakończenie nie przewiduje się zmian w obsadzie, zaś nowe propozycje, idee i oferty przyjmowane będą podczas wstępnych oględzin na temat 5 misji WWK. Do czasu zakończenia misji 4, o szczegółach prawić będziemy w zamkniętym gronie, a na forum publikować efekty naszej pracy.
Ostatnio zmieniony 01 lip 2009, 11:25 przez Kheli, łącznie zmieniany 4 razy.
[quote="Khelben"]Efekt ekspedycji był co najmniej nieprzewidywalny. Ruszyłem w pełnym orszaku na północ, by wypytać się w napotkanej tam wiosce mieszkańców o kilka istotnych rzeczy, które pomogą rozwiązać nam tą całą zagadkę. Po dotarciu na miejsce okazało się, iż gospodarza wioski nie ma od dłuższego czasu, a śladów po nim jakichkolwiek brak. Empiria pomogła mi dojść do wniosku, że w takich wypadkach rozwiązania należy szukać u ludzi, a nie w zalesionych terenach oraz, że nie powinno się ufać osobom, które twierdzą iż w miejscach typu „las” może coś straszyć. Zaskoczyła mnie chęć pomocy tutejszego chłopstwa w odnalezieniu drwala. Jeszcze takiej pomocy ze strony prostych kmieci nigdy w wojskowej karierze nie zaznałem. Nawet naszły mnie wątpliwości, czy przypadkiem za tego typu zachowanie i gotowość do boju nie powinno się nagradzać jakimś pisemnym wyróżnieniem, choćby passusem, czy czymś innym… ale czy chłopi potrafią czytać?
Podczas przeprawy do drugiej wioski na moje oddziały natarły jakieś obdartusy. Z tego co mi się wówczas wydawało, mogło mieć takie spotkanie charakter jedynie grabieżczy, ale po tym czego byłem świadkiem niedługi czas później, me przeczucia zostały zastąpione wręcz pewnością, iż ci szaleńcy skrupulatnie zwiększali granice swego terytorium. Swego terytorium oznacza – szajki zbójców. Całą gromadkę bez problemu położyliśmy pokotem.
Obraz wioski południowej całkowicie przeszedł nasze wyobrażenia. Pożoga zajęła pewną część miasta, a mieszkańcy panikowali, biegając we wszystkie strony. Napad ten był trywialny, a wszelkie poszlaki prowadziły w góry. Dowiedziałem się, że uprowadzono chłopa, który był gospodarzem tego rejonu, więc nie tracąc ani jednej chwili, wraz z pozostałymi wojakami i przy wsparciu uzbrojonego po zęby chłopstwa ruszyłem za porywaczami wgłąb nieznanego. Tam właśnie rozegrała się istna batalia. Zbiry wszelkiego autoramentu wyszły nam naprzeciw ze swych kryjówek, jednakże zacni rycerze trzymający swe nerwy na wodzy po opanowaniu musztry nie musieli lękać się biegnących w nieładzie opryszków, ponieważ pokonali ich w wielkim stylu. Chłopi w odwecie puścili z dymem hacjendy porywaczy i wraz z moją ochroną, na którą składali się zaufani jeźdźcy, odbili przywleczonych tu gospodarzy wiosek, uprzednio uwalniając ich z powrozów.
Po powrocie do twierdzy, pierwszą rzeczą jaką od razu chciałem zrobić, było napisanie raportu do króla oraz oficjalne zgromienie tutejszego generała za doprowadzenie do gnębienia niewinnej ludności przez potencjalnych bandziorów. Po to została postawiona cytadela, by chronić wszystkie tereny, które w promieniu kilku staj okalają ją.
Cóż teraz robię? Dyktuję w swojej prowizorycznej komnacie treść sprawozdania skrybie, które zostanie wysłane wraz z powrotem gońca. Najprawdopodobniej generał szybko straci piastowaną posadę, co pewnie pozytywnie wpłynie na rozwój gospodarczy pobliskich wiosek. Dzięki zapewnieniu odpowiedniej obrony obywatelom, wozy z dostawami nie tylko będą mogły swobodnie przemieszczać się z jednej wsi do drugiej, ale i poza ich obręb, zajeżdżając do osad, plantacji i miast.
Z chwilowej zadumy wyrwało mnie pukanie do drzwi. Gdy pozwoliłem przestąpił próg pachołkowi, ten skłonił mi się w pasie i tymi słowami przemówił do mnie z wyraźnym szacunkiem:
- Daruj, że śmiem przerywać, o Panie…, ale medyk oznajmił, iż Pańscy goście nie są jeszcze gotowi zdawać relacji z ostatnich dni. – nie zadowoliła mnie ta wieść, ponieważ oznaczała jeszcze więcej czekania, aż gospodarze obu wiosek, którzy się u nas kurują dojdą do siebie po katuszach, jakich zaznali u złoczyńców. Dla niepoznaki jednak uśmiechnąłem się do sumiennego pomocnika, sprawiającego wrażenie mimozy, by dodać mu nieco otuchy i odwagi. Ten już trochę raźniej skinął głową i powoli wycofał się zamykając za sobą grube, dębowe drzwi. Obróciłem się na pięcie w stronę okna, z którego rozciągał się widok na las. Uświadomiwszy sobie, że jestem nadal w towarzystwie skryby, odprawiłem go i poprosiłem, by zostawił na biurku pisany raport do wglądu. Jeżeli nie będę musiał wprowadzać poprawek, wiadomość wyślę w przeciągu paru dni. Tylko kiedy wróci goniec? Wyruszył tuż przed naszą wyprawą do wiosek, a do stolicy stąd jest na oko dwa dni drogi. Może dwa i pół nawet. A jeśli się chłopak natknie na podobne oddziały na drodze, co my? Trzeba niezwłocznie wysłać patrol, który spenetruje rewiry. Ale to zeraz, jeszcze coś trzeba załatwić…
Skierowałem się w kierunku drzwi, a poły mej czerwonej peleryny powiewały za mną niczym skrzydła gryfa. Żwawo maszerując przez puste, zimne korytarze spoglądałem przed siebie na smugi światła wdzierające się przez okna. Nie były one tak wykwintnie i kunsztownie wykonane jak na królewskim zamku, ale sprawiały wrażenie znacznie trwalszych i odporniejszych na pociski z katapult. Na posadzce nie było krwistego dywanu z ornamentami, a proste, kamienne kafle poukładane koło siebie, na których z pewnością podczas napaści obrońcy nie będą się ślizgać. Obluzowałem w chodzie kirys i stąpając po wąskich schodkach udałem się na wyższe piętro. Uśmiechnąłem się lekko na widok dużej ilości światła przedzierających się przez, tym razem zakratowane okna. Po lewej stronie znajdowały się rzędy drzwi prowadzących do różnych komnat, zaś na końcu korytarza dwóch strażników z halabardami stojących bez ruchu, strzegło wejścia do kwatery dowódcy. Zmierzałem właśnie w tamtym kierunku, by przeprowadzić dysputę na temat nie wypełniania obowiązków, do których zaliczało się chronienie ludności cywilnej. Za ofiary w mieszkańcach wiosek przyjdzie z tutejszego skarbca wynieść trochę złota, które pomoże w przyuczeniu nowych ludzi do odpowiednich fachów. Ponadto jesteśmy zmuszeni nająć na zastępstwo jednego drwala i chłopa, a to już sprawy bardziej formalne, bowiem nad zarządzaniem całą wsią trzeba się znać.
Mijając strażników, po wspięciu się na kilka stopni, podszedłem do drzwi we wnęce. Naszła idealna chwila na wyjaśnienie sobie kilku spraw, udzielenie reprymendy, czy nawet złajanie, jeśli ten będzie się jakkolwiek tłumaczył czy usprawiedliwiał. Nigdy nie byłem dobrym liberałem i niejednokrotnie brak cierpliwości i chęci do czegoś zgubiły mnie, gdy czyniłem wpierw, aniżeli myślałem. Gdy od generała oddzielał mnie tylko kawałek drewna, zrazu naszła mnie myśl, że wypadało zapukać. Jednak rozsierdzenie przemawiało za mnie mocniej i skuteczniej, toteż bez pukania, bez uprzedzenia nacisnąłem klamkę. Zamknięte.
Skonsternowany i zaskoczony zapukałem kilkakrotnie, ale żadne hasło z komnaty nie padło. Co jest? Zapytałem sam siebie. Odwróciłem się, by wrócić tym samym korytarzem, gdy w ostatniej chwili wpadło mi do głowy, że można przecież przeprowadzić indagację na strażnikach, tudzież ich przekupić gdyby z początku szło trudno. Niemrawo podszedłem z apatyczną miną do żołnierzy.
- Gdzie jest generał? – zacząłem oschle.
- Nie ma go. Kazał pilnować drzwi. – odrzekł krępy, brodaty strażnik z wydętymi policzkami.
- To może mi powiecie, chociaż gdzie go znajdę… – teraz odważniej i pewniej siebie.
- Jakąś godzinę temu opuścił twierdzę – odpowiedział teraz drugi halabardnik: młodszy, wyższy i szczuplejszy.
- Nie jest to możliwe. – kontestowałem od razu. – Moi ludzie objęli wartę i do czasu wyjaśnienia sprawy nie wypuszczają nikogo.
Odpowiedziała mi jedynie głucha cisza. Tak wyglądał początek tej enigmatycznej sytuacji. Prowizoryczna ostoja stała się nagle miejscem innym. Ruszyłem z powrotem korytarzem mijając te same drzwi, lecz znajdujące się już po prawej mojej stronie. Skręciłem w drugi korytarz po prawej, a chcąc dowiedzieć się więcej o zdrowiu gości, postanowiłem złożyć im wizytę. Korytarz był znacznie węższy od poprzedniego, a wejść do pokoi po lewej, i po prawej stronie brakowało. Nad głową paliły się przytwierdzone do ścian pochodnie, ponieważ światło padające z okien nie sięgało aż tak głęboko. Na samym końcu korytarza znajdywał się równie wąski zakręt prowadzący do zachodniego skrzydła, do którego oczywiście trzeba było się wdrapywać po kolejnej serii schodów. Tym razem dotarłem do obszernego holu z wejściami do różnych pomieszczeń wokół. Medycy zajmowali się rannymi żołnierzami, ważyli nieznane mi wywary i podawali dziwne zioła chorym, wchodząc do ich sypialni. Mniej więcej w tym samym miejscu, tylko dwa piętra niżej umiejscowione były koszary posiadające bardzo podobny układ do skrzydła szpitalnego. Kilka kolumn podtrzymywało strop, a rozpościerające się głowice w zwieńczeniu sprawiały, że wchodząca na to piętro osoba odnosiła wrażenie, jakoby sklepienie było niżej, niż w rzeczywistości. Latarnie w szklanych obudowach oświetlały wszystkie kąty, a ustawione na pobliskim stole ampułki z nieznaną mi cieczą mieniły się w świetle refleksami. Pomimo tego, że stałem właściwie w progu holu, dotarł do mnie w mig fetor podgrzewanych ingrediencji. Podszedł do mnie jeden z lekarzy w dystyngowanym stylu, jakoby chciał udowodnić mi, że jest człowiekiem z wyższych sfer. Na sobie miał brudny habit z licznymi łatami, a jego marsowa mina zaraz zbiła mnie z pantałyku.
- Czego tu szukasz? Tu się pracuje – zaczął nonszalancko. Obruszyłem się na ton tej wypowiedzi.
- Chciałbym zobaczyć się z gośćmi – odpowiedziałem spokojnie, trzymając nerwy na wodzy. – Byłbyś może skłonny do…
- Goście nie są teraz przyjmowani – ostrzejszym tonem kontynuował, jakby ostentacyjnie podkreślał istotność swojego zdania. Nie byłem pewny tego, czy do końca jest świadom faktu, że nie przemawia do podrzędnego rycerza, który urwał się ze swojej reduty, a do osoby mogącej w każdej chwili w dokumentach przedstawić swoją pozycję.
- Wiesz, do kogo przemawiasz? – tymi słowy pozbawiłem śmiałka rezonu – wnioskując z jego powoli bladnącej twarzy – i zarazem nie dopuściłem, by dalej odstawiał fanfaronadę, zwracając się ostrym tonem do mnie. Co jak co, ale każdy kto podlega przełożonym, nawet tym prowizorycznym, musi znać miejsce w swoim szeregu. Jest to nieodzowne, do prawidłowego funkcjonowania organu, jakim jest wojsko. Notabene, szczególnie te, pod moim przywództwem.
Bez słowa zszedł mi z drogi i jakby wtopił się w ścianę, stał się prawie niewidoczny w pomieszczeniu. Nareszcie nadarzyła się okazja i znalazł osobnik, który zarozumialcowi przemówi do rozsądku, nie używając dużego asortymentu słów. Udałem się do jednego z przyległych do holu pomieszczeń, w którym znajdywała się jedna z sypialń z szerokimi oknami, przez które wpadały promienie słoneczne. Dwa rzędy łóżek – jedne postawione wzdłuż okien, inne tuż pod ścianą; na nich zaś leżeli dzielni rycerze, prawdziwi mężowie stanu, gotowi oddać życie za rozkaz jakiegoś nadgorliwego generała. Ostatnia bitwa nieboraków wyczerpała, wielu z nich było jeszcze rannych, niektórzy stopniowo powracali do zdrowia. Pomiędzy łożami krzątali się inni medycy, a jeden z nich dał znak dwóm pomocnikom, by weszło śmiało do komnaty. Nieśli coś, co wyglądało na mary i najgorsze przeczucia sprawiły, iż wzdrygnąłem się. Jakiś niemrawy, leżący pod oknem wojak nie zobaczy już więcej błękitnego nieba, nie weźmie udziału w kolejnych wspaniałych bitwach. Być może rodzina nawet nie dowie się, ile biedak musiał wycierpieć ostatnimi czasy. Gdy tylko wszystko wróci do normy, wszystkim poległym rycerzom wyprawimy po ablucji, godny nich pogrzeb. Nie ma wątpliwości, że swoim poświęceniem i rzetelnym podchodzeniem do obowiązków zasłużyli na uroczysty pochowek. Czy aby wszyscy ranni mają tu odpowiednią opiekę? Bo jeśli kitłasi się tu więcej osobników podobnych temu, jakiego zastałem na wejściu do skrzydła szpitalnego, to biada pacjentom. Stuknąłem kilka razy w szybę, by siedzące po zewnętrznej stronie na parapecie gołębie, zwróciły na mnie uwagę. Jeden z nich o jaśniejszych piórkach przycupnął na bakier względem mnie i swymi małymi oczkami lustrował otoczenie. Urocze stworzonka. Niby takie beztroskie, a jednak świadkami są wielu wydarzeń. Pomyślałem sobie w duchu.
- W którym pokoju zastanę naszych głównych pacjentów? – spytałem kędzierzawego chłopca o promienistej twarzy, odzianego w brązową lnianą koszulę i czerwony kołnierz. Ten spojrzał na mnie i jakby zastanawiał się, co odpowiedzieć, kiedy jego towarzysz – na oko pare lat starszy – doszedł do słowa. Ten z kolei piegowaty o ciemno-rudych włosach, krasy, choć nieco wątły, gdy mu się tak przyjrzeć.
- Czwarte wejście do korytarza od gabloty. Zaprowadzę pana – żwawo oparł marę o ścianę i ruszył przodem zadowolony z faktu, że uniknie wynoszenia zwłok dzielnych kamratów. Przebyliśmy hol, mijając liczne stoły, szafki i skrzynie z dziwnymi przedmiotami, zajętych medyków i dotarliśmy do ciasnego przedsionka, w którym temperatura była znacznie niższa niż w pozostałych pomieszczeniach. Tam korytarzyk prowadził do małych schodków w dół, ku obszernej izbie, w której od wejścia do przeciwległej ściany w równych rzędach znajdowały się łoża. Ułożenie było podobne, jak w poprzedniej sali z tym, że promienie słoneczne nie wpadały przez okna tak odważnie. Chłopak przystanął obok mnie jakby czekając, aż uiszczę mu w jakiś sposób za wskazanie drogi, jednakże mój bezinteresowny wyraz twarzy sprawił, iż młodzieniec stracił wszelakie nadzieje na honorarium, czy chociażby dobre słowo. Kiedy pomocnik zostawił mnie, jak mi się wydawało przez chwilę – samego w pomieszczeniu, przypomniałem sobie po co tutaj przyszedłem. Na dwóch oddalonych od wejścia łóżkach leżały w zaciszu dwa bezwładne ciała. Mniej więcej tak zapamiętałem sobie gospodarzy wiosek. Leżeli teraz w małych tunikach, na wpół przykryci kołdrami, z zabandażowanymi głowami i innymi częściami ciała. Obok ich łóżek stały dwie drewniane komody, na których leżały dwie srebrne miski z kompresami moczącymi się w wodzie. Z zadumy wyrwał mnie zachrypnięty głos: kto tu jest?
Odezwał się jeden z wyczerpanych pacjentów. Jego czerstwe oblicze spowodowało, że przepełniony chęcią szybkiego uzyskania odpowiedzi na nurtujące pytania, bez ogródek choć ździebko zbyt pompatycznie, zacząłem: Wiesz coś na temat tajemniczych oddziałów, które penetrowały okolice całkiem niedawno? W odpowiedzi martwa cisza. Drwal podniósł się na łokciach nagle ożywiony.
- W okolicy nie kręciły się żadne oddziały zbrojnych pod obcą chorągwią – odrzekł niespokojnie – Jednak podczas podróży z kilkoma kompanami wozem w celach dostawczych do wsi umiejscowionej w górach skalistych, natknęliśmy się na szwadron zmierzający na południowy-zachód, ku leśnej rzece. Jeźdźcy mieli na sobie jakieś szafranowe szaty i galopem, oświetlając sobie drogę po zmroku pochodniami, jechali poprzez łąki. Nawet nie zwrócili na nas uwagi, kiedyśmy po ciemku jechali z powrotem do naszej wioski.
- Rozumiem. Czekaj… przed chwilą rzekłeś, że spotkaliście ich jadąc – w – stronę gór skalistych. Teraz twoim zdaniem wydarzyło się to w drodze powrotnej. Dwa niecodzienne spotkania podczas jednej wyprawy? Nie konfabulujesz przypadkiem? – odparłem.
- Jakże bym śmiał! Proszę, nie bądź natarczywy, panie – sił mi brak.
- Jest jeszcze dużo do zrelacjonowania…
- … sił mi brak… – po tych słowach opadł na poduszkę, zamykając oczy. Było wystarczająco widno by zauważyć, że celowo je mruży. Być może było po prostu coś, czego nie chciał powiedzieć, do czego nie miał na razie zamiaru się przyznać. Lub bał się zwierzyć z pewnej rzeczy. Pozostaje mi na razie tylko trwać w oczekiwaniu. Drugi gospodarz, pełniący na swojej posesji rolę chłopa, spał jak zabity według mych przeczuwań. Przetarłem twarz dłonią i udałem się w powrotną drogę korytarzem, schylając jednocześnie głowę, by nie uderzyć nią o niski sufit. Znalazłem się ponownie w holu, po którym krzątał tym razem jeden medyk, szurając butami o podłogę. Poły jego płaszcza wlokły się po ziemi, lecz człowiek ów zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi, przeglądając w chodzie jakąś księgę o powyginanej okładce. Co czytasz? Zagadnąłem beznamiętnie. Ten przyjrzał mi się uważnie, jakby zastanawiając się, skąd właściwie się tu znalazlem, i po chwili odpowiedział – Kompendium medycyny. Wertuję tą księgę po raz enty i sprawuję pieczę nad chorymi. Czyli to, co robię zazwyczaj. Reszta lekarzy błądzi po kompleksie, lub włóczy się po dormitoriach. Godzinę temu przybyło wsparcie, które pomoże nam podczas opiekowania się najbardziej rannymi żołnierzami.
Wsparcie? Czemu nie. Wreszcie ktoś pomyślał nad tym za mnie i posłał po odpowiednich ludzi, którzy zastąpią pewnych wścibskich lekarzy. Muszę mu sowicie podziękować za dbanie o drobiazgi, na jakie nigdy jakoś nie znajduję czasu by się zająć. Kiedy zwróciłem się w stronę wyjścia z holu, zaczytany człowieczek dalej dreptał po pomieszczeniu, jakby moja chwilowa obecność była tylko jego minionym snem.
Schodząc krętymi schodami na niższe piętra trafiłem do wąskiego korytarza, jakim pewien czas temu szedłem w przeciwną stronę. Strażników przy pokoju generała już nie było. Fakt zdjęcia wartowników z posterunku mógł świadczyć tylko o jego powrocie. Lepiej późno, niż wcale. Podszedłem powolnym krokiem do drzwi, przekraczając kilka stopni dzielących mnie od nich i zapukałem donośnie. Cisza. Po naciśnięciu klamki okazało się, że pomieszczenie jest wciąż zamknięte. Może w dormitarzu będzie ktoś bardziej poinformowany o zagadkowej nieobecności tego nieodpowiedzialnego człowieka. Przechodząc przez kilka sąsiednich izb, dotarłem do szerokiej sali, której sklepienie znajdowało się około pięciu sążni ponad głowami, zaś szerokość pomieszczenia mogła równać się nawet dwunastu sążniom. Co do długości, pewności nie miałem. Widziałem, jak kroczyli zamaszystym krokiem w moją stronę jacyś ludzie w żółtych, powłóczystych szatach. Osobnik na przedzie, gdy zbliżył się do mnie dostatecznie, ukłonił się i z pokornym spojrzeniem przemówił.
- Przybyliśmy na wezwanie. Nie masz się co bracie martwić o swoich podopiecznych. Ich dusze i ciała, gdy zostaną pod naszą opieką, staną się oczyszczone.
Pomoc osób duchownych w zatrważających czasach jest prawie, że nieodzowna. Dobrze, że właśnie po takich dobrych i życzliwych ludzi posłano. Ciekawe z jakiego zakonu się wywodzą. Do pobliskiej wioski za poświęcenie, jakie nam okazują ci dobroczyńcy, wyślemy odpowiedniej ilości zapasy chleba, kiełbas, win i ryb, aby poddani im chłopi mieli czym zaspokoić głód i pragnienie pod nieobecność swoich panów.
Odpowiedziałem pokrótce: I my was witamy z otwartymi ramionami. Rozgośćcie się i zechciejcie godnie zająć rannymi. Zaraz przywołam giermka, który zaprowadzi was do skrzydła szpitalnego. W tym samym czasie przygotujemy wam sypialnie, azali zostaniecie u nas na dłużej. Jak się spodziewałem, zakonnik skinął głową na moje ciepłe słowa, co świadczyło o znajomości przez niego zasad kultury. Dałem znak jednemu z pomocników, by zaprowadził gości do ich kwater. W równym szyku zakonnicy spowici pelerynami ruszyli śladem chłopaka, zostawiając mnie i kilku strażników z włóczniami ustawionych na posterunkach, w pomieszczeniu. Przeszedłem środkiem komnaty, by udać się na krużganki. Było już wyraźnie po południu, słońce skryło się za chmurami, które mozolnym tempem sunęły po niebie, tworząc raz po raz na rozległych czuprynach drzew różne wzory. Nie chciałem na chwilę obecną estymować strat w wojownikach, jakie przyjdzie mi przez przełożenie na później, robić w nocy za swoim biurkiem. Pewne było to, że posłanie po posiłki jest bardzo ważną rzeczą. Ilość żołnierzy w koszarach wyraźnie zmalała przez ostatnie kilka dni. Sporo wojaków poległo w trakcie obrony twierdzy, inni przypłacili życie akcję ratunkową dla ciemężonych chłopów. Poświęcenie życia na rozkaz jakiegoś zarozumialca? Prędzej im do herosów za bezgraniczną służbę, aniżeli mnie za dyrygowanie i komenderowanie. Ale tak to jest już w wojsku.
Po dziedzińcu przemieszczali się żołnierze, których zbroje i pełen rynsztunek spoczywały w zbrojowni. Wydawali się dosyć markotni i chyba nie zwracali nawet uwagi na to, że ponad ich głowami przy blankach stoi zamyślony pan i władca, na którego rozkaz mają udać się nawet na pełną śmierć. Pan i władca. Jeszcze miesięcy kilka temu piastowało się posadę dowódcy straży, którego zasługi dotarły aż do stolicy i którego awansowano w związku z tym do rangi królewskiego pomagiera. Ilu z tych szarych żołnierzy wałęsających się pod osłoną murów nie chciałoby choć jeden raz zamienić się miejscem ze mną? Odkąd przejąłem dowództwo nad nimi, nie patrzą na mnie życzliwym wzrokiem i chyba nie chcą mieć nawet ze mną do czynienia. Dziwne to? Za mało wspólnie stoczonych bojów, potrafię jedynie stać na tyłach i rozkazywać oddziałom ruszanie w różne strony. Zupełnie inaczej by na mnie rycerze spojrzeli, gdybym to ja wraz z nimi ryzykując życie i osobiście przewodził hufcem i nacierał na wrogie uzbrojone po zęby bojowe orszaki. Jestem osobą ważną, która nie może polec w boju. To mi poznane są nowe skuteczne taktyki, które na skutek innowacji zostały sprawdzone w praktyce. Może znajdą się wśród tych osiłków tacy osobnicy, którzy bez rozrysowywania taktyk na skrawku pergaminu potrafiliby dowodzić armią lepiej, niż kilku przeszkolonych i dobrze wyuczonych generałów.
Trzech rycerzy swobodnym krokiem przemierzało plac, niosąc kilka kiełbas i bochnów chleba pod pachą. Zmierzali w stronę ławki, na której podczas oblężenia spoczywają najpotrzebniejsze przyrządy. Teraz kiedy była pusta, służyła trójce rozprawiających o czymś i żartujących wojaków jako zwykła ławka, na której siada się, gdy jest się zmęczonym szarym, niezadowalającym życiem. Czy zbratać się można z nimi jedynie poprzez poświęcenie? Ruszenie z nimi w bój nie zważając na to, że ze złotym kirysem na czele jedzie sam królewski wysłannik i może zostać w tej samej sekundzie przeszyty bełtem jak rycerz jadący obok? Ciarki przeszły mnie na samą myśl o tym. Ciekawe, jak to było z poprzednim przywódcą tej twierdzy. Czy bronił kamratów własną piersią i walczył z nimi ramię w ramię przeciwko otaczającym twierdzę legionom żądnych krwi wojowników? Żądnych krwi? A może po prostu zabawek w rękach dowódców ustawionych wyżej? Nie: chcących bawić się w herosów, a: wypełniających należycie wydane im rozkazy. Czy ta cała sytuacja nie wygląda przypadkiem podobnie? Z tym, że kto inny pociąga za sznurki. W stolicy wyśmiano lub też skarcono by taktykę, którą przydałoby się sprawdzić. Takie pójście na żywioł i doświadczenie życia. Nie próżne wydawanie zza pleców rycerzy coraz to nowszych komend, w których skuteczność muszą pewnie niekiedy zwerbowani, czy kierowani pragnieniem dostania sowitego żołdu, podwładni. Wreszcie na coś by się przydały lata ćwiczeń pod okiem najlepszych instruktorów. Zrzucić kirys dla walczenia u boku innych i przeżywania tej adrenaliny, co oni? To z pewnością będzie bezpieczniejsze, niż podanie się do dymisji, bowiem wolności jako wolny mieszkaniec królestwa już nie zaznam, gdy jestem jednym ze strzegących tak istotnych tajemnic, w jakich zawierza mi sam władca. Ostre spojrzenia mych prowizorycznych podwładnych mogą skończyć się źle, gdyż nie trudno zdać sobie sprawę, iż nie wszyscy rycerze za mymi rządami przepadają. Jakiś obcy gagatek z zamku w stolicy przybył zajmować się obcymi ludźmi i słać ich na rzeź dla jakichś prywatnych, bliżej im nieznanych celów. Czułem, że rozterki targają mną od wewnątrz, a bagno w jakie wdepnąłem nie przynosi mi satysfakcji. Ale co począć? Co począć?
Chłodniejszy wiatr muskał mą twarz, a do głowy przypływało coraz więcej pomysłów i propozycji… ale brak rozwiązań. Trzech rycerzy, którzy ucztowali na ławce już na placu nie było, a na ich odejście przez liczne kotłujące się w głowie myśli, nie zwróciłem uwagi. Uśmiechnąłem się do siebie sardonicznie, gdy uświadomiłem sobie, że oddalanie się w świat myśli i zapominanie o tym, co dzieje się wokół, może zgubić niejednego logicznie myślącego przywódcę. Posiłki są ważne. Nowi ludzie w garnizonie zdecydowanie odwrócą uwagę żołnierzy od mojej osoby. Tylu ich zginęło, bo zachciało mi się ruszać wieśniakom na pomoc. Nawet nie znają tego chłopstwa, a nie wiedzą, że między innymi dzięki nim mają w spiżarni pod dostatkiem żywności na miesiące siedzenia za murami. Zwróciłem uwagę dopiero teraz, że zaczynało się powoli ściemniać. Chmury stały się wyraźnie ciemniejsze i rzucały zupełnie inny cień na korony drzew, nadając im znacznie mroczniejszy wygląd. Będzie to moja druga noc spędzona w tym miejscu. Podziwiać świecące gwiazdy będę z tego samego okna komnaty, co wczoraj. Mimo, że widok pozostanie niezmienny, atmosfera chybocząca jak mosiężny topór nad straceńcem będzie zupełnie inna. Oby tylko nie wpłynęło to na moje sny. Słońce zapewne chyliło się już ku zachodowi, choć ani jeden promień przez gęste chmury nie mógł zdradzić, w którym miejscu dokładnie słońce się znajduje. Niebo robiło się szare, co jednoznacznie wykluczyło podziwianie gwiazd w nocy. Popodziwiam zatem chmury. Odparłem do siebie.
Przez krużganek przeszedł jakiś młodzieniec, ciągnąć za lejce kilka dorodnych koni. Prawdopodobnie należących do rycerzy, którzy w ostatniej wyprawie do wiosek towarzyszyli mi w wędrówce. Wtem z oddali dobiegł głuchy krzyk. Skąd? Trudno powiedzieć, ale wydawało się, że z terenów garnizonu. Jakiś ruch, krzyki i brzdęki metalu zaczęły rzucać się w uszy. Jakby ze środka… Na ćwiczenia pod okiem fechmistrza to nie brzmiało.
Obróciłem się gwałtownie i wbiegłem do warowni, a przemierzając hol, nie natknąłem się na wartowników. Co jest?! Niespokojny ruszyłem w stronę korytarza, wiodącego do innego korytarza, który z kolei wiódł do kolejnych korytarzy. Nie sposób opisać tego biegu, który stawał się szybszy z każdym niepokojącym dźwiękiem dobiegającym mnie echem. Słyszałem zgiełk coraz głośniej i wyraźniej, więc dobyłem miecza by być gotowym na najgorsze. Szare ściany oświetlane blado pochodniami wirowały mi przed oczyma, a umysł nie do końca jasno odbierał tego, co się wokół dzieje. Dobiegłem zataczając się z przerażenia do jednego z przedsionków, przez który przechodziłem idąc z wizytą do eks-dowódcy. Na korytarzach złowieszcze pustki, a porykiwania dochodzące jakby z otaczających mnie izb doprowadziły mnie wręcz do paniki. Oglądałem się błyskawicznie na wszystkie strony oczekując raptownego ataku, gdy uwagę mą przykuły wyłamane drzwi… drzwi do komnaty tego patetycznie przyjmującego mnie zeszłego południa właściciela twierdzy. Zmieniło się tu dużo. Jakbym tracił kontrolę nad tym wszystkim, co dzieje się w tym przeklętym miejscu. Uświadamiając sobie, że to nienajlepsza chwila na takie rozważania, kilkoma większymi susami pokonałem trasę do kilku schodków wiodących do otwartego gabinetu. Oprócz licznych papierów o wątpliwie cennej wartości, porozrzucanych po całym pomieszczeniu, były tu inne meble, których nie mogłem przez adrenalinę nawet rozpoznać. Skrzynia z wyłamanym zamkiem stojąca tuż przy moich nogach swoją obecnością sprawiła, że o mało nie straciłem równowagi. Co się tu dzieje? Szczęki metalu z oddali nie pozwoliły mi raźno myśleć, czułem że ledwo stoję na nogach, a ręce przeszukujące zawartość skrzyni drżą mi tak, jak jeszcze nigdy dotąd. Rzeczywiście… zupełnie inaczej się myśli, gdy jest się w centrum wartkich wydarzeń.
W skrzyni prócz pustego, potłuczonego kałamarza – a przynajmniej wyglądającego na potłuczony – znajdywały się zawinięte, pogniecione zwoje i jakieś brudne księgi, na których okładki nie miałem czasu spojrzeć. W powietrzu unosił się kurz, który sprawił, że zakręciło mi się w nosie. Dźwignąłem się na nogi, a chwyciwszy miecz minąłem zgrabnymi ruchami stojącą na środku komodę i podbiegłem do okna. Widoczna była stąd droga wiodąca do bramy. Gdy się wyjrzało na zewnątrz, można było kawałek dziedzińca ogarnąć wzrokiem oraz krawędź zachodniego wejścia do twierdzy. Nic nadzwyczajnego się tam nie działo. Nagle jakiś gardłowy ryk dobiegł mnie z któregoś z bliższych korytarzy. Od okna rzuciłem się w kierunku wyjścia z komnaty. Nie dbając już o nic, przeskoczyłem komodę, co o mało nie skończyło się moim upadkiem. Najwyraźniej panika niekoniecznie sprawiała, że wszystko zaczyna źle i niezgrabnie wychodzić. Popędziłem w korytarzem wiodącym do dormitoriów, gdy zza rogu wyszli dwaj osobnicy odziani w karmazynowe szaty. Ależ…
Nim zdążyłem sobie cokolwiek związanego z tym uświadomić, obaj nieznajomi rzucili się ciasnym korytarzem w moją stronę. Panicznie odskoczyłem do tyłu, by dostać się do szerszego miejsca, jakim był teraz ten przedsionek. Korytarzem, jakim tu przyszedłem pędzili dwa halabardnicy, których barwne pióropusze dały mi znać, iż przybyli z odsieczą żołnierze stoją po mojej stronie. Pomiędzy nimi, a nieznajomymi wojownikami rozgorzała walka. Minąwszy walczących, udałem się pośpiechem za dźwiękami dobiegających z wyższych kondygnacji. Serce biło mi jak opętane, gdy zmierzałem korytarzem, z którego wyszli ci żółci osobnicy. Kto mógł ich wpuścić? Którędy? A jeżeli…
Wylała się w moją stronę masa żołnierzy w żółtych pelerynach i srebrnych zbrojach, którzy skrywali swe twarze w pełnych płytowych hełmach. W swych srebrnych rękawicach dzierżyli potężne miecze i chyba byli równie zaskoczeni moim widokiem tu, jak ja ich. Różniliśmy się jedynie tym, że to mi drżały nogi ze strachu. Rzuciłem się do odwrotu, a wrodzy żołnierze popędzili moim śladem. Machałem na oślep mieczem za sobą, wyginając rękę w tył pod nienaturalnym kątem, rozpaczliwie błagając najwyższego Pana, by dał mi z tej sytuacji ujść z życiem. Ciemny korytarz zdawał się dłuższy, niż chwilę temu. Zostawiłem niewielką przewagę goniącym mnie zbrojnym, ponieważ byłem odziany w znacznie lżejszy pancerz. Głośne odgłosy ich ciężkiego obuwia echem dochodzące do mnie, były jak chlasty bicza poganiacza, zmuszającego niewolników do żwawszej pracy. Dostałem się do korytarza, na którym ku memu wielkiemu zdumieniu leżały dwa ciała halabardników, którzy przyszli mi z pomocą. Jeden z nich całkowicie sztywny, leżał pod przeciwległą ścianą na wpół podparty nie dając oznak życia. Drugi na plecach na środku posadzki w konwulsjach w kałuży krwi, z przeciętą halabardą na dwie części. Jego hełm leżał kilka metrów dalej, a twarz dogorywającego biedaka wykrzywiona była w grymasie pełnym cierpienia i bólu. Poły peleryn powiewających za biegnącymi mym śladem rycerzami, wtórował stukotem ich nóg. Groźby sypały się z ich ust, ale nie zajmowałem się tym teraz. Obrałem sobie za drogę ucieczki kolejny korytarz, który doprowadziłby mnie w stronę holu, a z niego na zewnątrz. O mały włos, a jeden z dłuższych mieczy nie ściąłby mi głowy, gdy uderzył na wysokości szyi w krawędź ściany. Żadnych zakonników nie witaliśmy w progach!
Spowity mrokiem korytarz zostawiłem za sobą, prędko zmierzając w kierunku drzwi do wyjścia. Walka w pojedynkę z grupą tak dobrze uzbrojonych żołnierzy nie jest oznaką bohaterstwa, a narażania się bez potrzeby. Dotarłszy do drzwi z całej siły nacisnąłem klamkę i otworzyłem je na oścież. Hol wypełnij się żółtymi wojownikami, których peleryny wiły się za nimi niczym skrzydła orle. Część z nich przeciwników schowała już broń, lecz ci na przedzie, bardziej natarczywi od swych pobratymców gnali za mną niestrudzenie… a może po prostu do wyjścia? Mało prawdopodobnie. Zaraz mnie dopadną! Wystrzeliłem z budynku i skacząc co kilka stopni ze schodów próbowałem dostać się na dziedziniec. Nie oglądałem się za siebie, wzywając żołnierzy dna pomoc i modląc się w duchu, by jakiś miecz nie świsnął mi nagle nad uchem. Było coraz ciemniej, zmierzchało. Na murach łączących fortyfikacje z barbakanem zapaliły się paleniska. Nieopodal zrobił się ruch, kilku moich żołnierzy ruszyło w moją stronę z dobytym orężem i krzykami zagrzewającymi do walki. Obróciłem się, by spojrzeć na zbiegających przeciwników. Nie było ich na schodach.
Rozglądając się dookoła, uświadomiłem sobie, że efekt reperkusji wygląda mniej więcej w ten sposób, gdy nie śledzi się ruchów swych adwersarzy. Gdzie oni się podziali? Z daleko dobiegło mnie rżenie koni. Konie! Podążyłem za kilkoma dzielnymi wojakami, którym udało się mnie już wyprzedzić i skierowaliśmy się w stronę bramy twierdzy centralnej. Pędziliśmy poprzez noc, poprzez mrok i liczyło się już tylko pomszczenie tych, którzy przypłacili życiem spotkanie z szalbierzami Nie pamiętałem już, co wykrzykiwałem w tym całym zamęcie. Przed oczami miałem już tylko godnie dosiadających rumaków rycerzy, którzy w swoich jasnych szatach, oświetleni blaskiem pochodni kontrastowali na tle czarniejącego nieba. Przypomniałem sobie, że jeden z nich coś robił. Nie do końca pamiętam jednak co, i który to. Ten po prawej, czy po lewej. Słyszałem jeszcze jakiś świst, a potem nagły ból przeszył mnie niemalże na wskroś. Na nic empiria! Na nic gloria! Z tego, co jeszcze było w stanie do mnie dotrzeć to to, że coś raptownie zwaliło mnie z nóg na kolana. A potem jeźdźcy galopem ruszyli przed siebie… a potem tętent kopyt ich koni odbijał się od gołych murów naszej niepokonanej od zewnątrz twierdzy. Czyżby wystarczyła garstka osób spoza rycerskiego grona, by mogła całą twierdzę rozłożyć na łopatki od środka? To, co wydarzyło się dzisiejszej nocy było w pełnej mierze chaotyczną, niezorganizowaną, desperacją walką w survivalu, w której zdecydowanie zatriumfował pełen nihilizm. Oczy me napełniły się mgłą, a sylwetki niknących w leśnym świecie psubratów stawały się coraz mniej wyraźne, aż w końcu ich świetliste peleryny zlały się z ciemnością nocy.
Byłem gdzieś w górach. Ośnieżone szczyty prastarych ścieżek rozpościerały się, gdy szedłem w sobolim płaszczu jedną z nich w stronę nieba. Rosochate drzewa szydziły z każdego mego kroku, jaki przez zaspę stawiałem naprzód. Moim celem był szczyt górski, a nogi same wiodły mnie zdecydowanie w jego kierunku. Jąłem się trząść, gdy mróz smagał niemiłosiernie raz po raz moje lica. Lodowaty wiatr, towarzysz podróży, szeptał mi do ucha kojące słowa, obiecując nieziemską nagrodę za dotarcie bez szwanku na górę. Podniesiony na duchu stawiałem większe kroki, a poziom adrenaliny wyraźnie wzrósł. Byłem już prawie na szczycie, gdy dało się słyszeć jakiś hurkot. Grunt pod nogami gwałtownie zadrżał i z impetem padłem na wznak. Nie posiadałem się z radości, widząc ze swej perspektywy niechybnie oddalający się ode mnie cel. Staczałem się z góry, na którą wdrapywałem się z takim trudem; w przepaść. Spadałem coraz niżej, niżej, niżej…
Odzyskawszy przytomność, poczułem raptem jakiś przeszywający ból, który pulsując kłuł moje wnętrzności. Świeże, zimne powietrze, które chełpliwie łykałem ustami pomogło mi się przebudzić z tego stanu bezwładności i nieświadomości. Tego rodzaju powiew mógł być tylko na zewnątrz, a więc musiałem leżeć tu cały czas. Gdyby nie paleniska porozstawiane na murach, środek twierdzy byłby w całkowitym mroku, a tak mogłem ujrzeć, co dzieje się wokół i jakoś dojść do siebie po tym wstrząsającym przebiegu wydarzeń. Dźwignąłem się dzięki napływającym do mnie niewiadomo skąd siłom. A przynajmniej spróbowałem się dźwignąć. Leżąc na wpół miałem lepszą widoczność i mogłem ogarnąć wzrokiem to, co dzieje się przede mną i po moich bokach. Rycerze włóczyli się to tu, to tam, przed warownią leżały przykryte jakimiś materiałami sylwetki, przypominające ludzkie. Ciała? Nieopodal wbite w glebę stały dwie włócznie, chyboczące się pod wpływem delikatnego zefiru. Próbowałem wydobyć z siebie dźwięk, ale na próżno. Ten nie wydobywał się z mego gardła, co wprawiło mnie w nerwowy stan. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. To, co się wydarzyło nazwać można kaskadą, której mój umysł nie będzie w stanie zapomnieć.
Była noc. Wokół w większej odległości kręcili się żołnierze, a miejsce stało się nagle zaciszne i sprawiało wrażenie bezpiecznego po tym wszystkim. Jak cisza po większym starciu szwadronu z tyralierami, które pochłonęło niezliczone ilości ofiar. Schody do warowni i na mury z mej leżącej pozycji wydawały się jakby mniejsze, bardziej śliskie i strome. Dotąd zbiegałem po nich bez większych problemów. Blada łuna księżyca spowiła je swym delikatnym połyskiem. Z dali dobiegały mnie rozmowy, których niestety nie byłem w stanie zrozumieć. Starając się nie myśleć o bólu, przekręciłem się na bok by znaleźć się na kolanach i zmienić tą niedogodną pozę, w jakiej znajdywałem się od pewnego czasu. Poczułem, że gdzieś w okolicy brzucha odzienie dziwnie się lepi, gdy zmieniałem ułożenie ciała. Bez wątpliwości przez ostatnie dni nie byłem zbyt przezorny, co znacznie odbiło się na… na wszystkim. Cokolwiek dzisiaj się wydarzyło, będzie o tym głośnio w stolicy, a ja wpadnę w tarapaty i za brak rozwagi zostanę zniesławiony ci gorsza – odwołany ze stanowiska.
Kiedy już dało radę pomimo skulenia znaleźć się na klęczkach, zdecydowałem się na wyprostowanie. Z początku przez narastający ból zrobiło się na samą myśl gorąco, ale nabrawszy powietrza w płuca zrobiłem ten szybki ruch. Było to straszne uczucie i nagła świadomość, że coś zaczyna się z wnętrza wylewać. Na wskroś przeszyła mnie fala obmierzłego, intensywnego gorąca, które wypalało prawie moje wnętrzności i wszystko, co w tym wnętrznościach miało prawo się znajdować. Leżąc na ziemi skulony i z twarzą pełną cierpienia, spozierałem przed siebie i dziwnym zbiegiem okoliczności dojrzałem zdążających w moją stronę dwóch obcych, młodych mężczyzn, nieco wysztafirowanych, lecz z domieszką skromności wypisanej na twarzach, wywołanej wyraźną frustracją. Ich rudawe peleryny dały mi znak, że jeszcze nie było mi dane jegomościów widzieć. Stanęli nade mną jak wryci i z góry spoglądali na mą postać, która znajdowała się w uwłaczającym stanie. Zadzierając głowę do góry i widząc ich nagle drętwe miny, rzuciło mi się na myśl, że zaczną lada moment mitygować, jeśli się nie podniosę, by pomówić z nimi, jak osobnik cywilizowany.
Jeden z nieznajomych odchrząknął znacząco.
- Nie widzicie, że umieram?! – zagaiłem skonsternowany. Ten, stojący nieco z lewej, a którego buty podziwiać mogłem tuż przed nosem, odparł:
- Jesteśmy królewskimi gońcami i obaj przybywamy po mozolnej wędrówce ze stolicy. Mój towarzysz wysłał do stolicy wiadomość wysłaną z tejże twierdzy; ja dostarczam przesyłkę wysłaną przez samego króla i poręczyłem dostarczenie jej osobiście. – tu przykucnął obok mnie leżącego na ziemi – Ale, ale: widzę, że przybywam nie w porę. Mi się po takim szmacie drogi nie pili, a wręcz przeciwnie – snadnie zostanę w tych gościnnych progach. Liczę na to, że miarka wina się dla mnie znajdzie, a pachołek zaprowadzi mnie do wolnej komnaty, bym mógł zająć ją na jakiś czas, odzyskać siły i być na prowizoryczne usługi Pana. Widzę, że Pan w nienajlepszym stanie. Może Pan wstać? Wołać eskulapa?
- Nie! Podaj mi rękę!
Zapierając się młodocianego posłańca, udało mi się z pozycji leżącej przejść do klęczącej. Natężenie bólu było stosunkowo mniejsze, niż poprzednio i pozwoliło to na zmianę postawy w jeszcze szybszym tempie. Dziwną rzeczą, której pojąć z początku nie mogłem, była nadmierna obojętność wojaków do swojego zwierzchnika. Drugi z gości pomógł mi się podźwignąć i powstać z zimnej gleby. Inne myśli odbierały znaczącą pozycję w mym umyśle, co nie pozwoliło zapanować nad jaźnią bólowi. Pozostawałem jednak w pozycji skulonej. Obaj mieli niezręczne ruchy podczas takiej prostej czynności, co wypaczyło myśl przedstawiającą ich w wirtuozerskich barwach. Prowadzenie gońców po przeklętych korytarzach twierdzy, w których w dalszym ciągu mogą walać się zatęchłe cielska, było rzeczą, która ciężko przechodziła przez moją myśl. Strawienie faktu tego całego nieładu i oprowadzanie gości po miejscu napiętnowanym owocem śmierci, wyraźnie mnie zasępiło.
- Rzeczywiście nie jestem pewny, czy jest to trafna idea, byście zatrzymali się tutaj. Wiecie, nie wiadomo, co może czaić się w ponurych korytarzach. Już strach pomyśleć, co ujrzeć można w komnatach.
- Jesteśmy przygotowani na wszystko. Mole podróżujące z korytarza do korytarza, z sieni do sieni nie są w stanie napędzić nam stracha.
- Od… odstąpię wam swoją komnatę. Jak tylko dotrę na schody w jednym kawałku. Pomóżcie, bo tu nierówno… o tak.
Zaczęła się długaśna wspinaczka, podczas której korzystałem ze szczodrych usług dwóch żywych kul. Podczas tej wędrówki naszła mnie chęć, by zapoznać posłańców z tym, jak to zbiła mnie z pantałyku hałastra poprzednich gości, którzy w podobny sposób oferowali swój czas i swoje mądrości do szlachetnych pobudek. Z każdym jednak stopniem i bólem wzmagającym się na każdym pokonywanym schodku, traciłem odrobinę rezonu, w czego rezultacie najzwyczajniej w świecie rozmyśliłem się. Dysząc ciężko, wyimaginowałem sobie widok własnej odrestaurowanej komnaty z nowymi meblami, dwoma łożami mieszczącymi się po obu stronach przepierzenia, nowiuteńkimi komodami po wstępnej intarsji, których połysk i lapidarny wygląd mógł przyprawić mieszkańca izby o dumę z własnej dystyngowanej postawy, pozwalającej na zamieszkiwanie tak wyszukanego i drogiego pensjonatu. Wnet obraz przekształcił się kolosalnie i ukazał możliwość wyglądu zrujnowanej rudery, w której prócz wyższych mebli z powyłamywanymi nogami; zalegający kurz i porozrzucane przedmioty były w stanie przyprawić lokatora o wyraziste oburzenie, w którego następstwie pojawiały się niesnaski ze zeszpakowaciałym po podobnych incydentach gospodarzem, którego immanentna, sztubacka nieporadność wnioskowała zapadły stan oferowanych przez niego pomieszczeń. Nie chcąc zełgać, że stan osobistej komnaty jest zadowalający, ująłem to w prostym określeniu: unikalny.
Wtem ukłuło mnie coś w środku, przyprawiając o gwałtowne zaniepokojenie. Gdzie ja się podzieję? Kto mi pośle po medyka? Czy wyzdrowieję? Pytania te natarczywie nabijały mi się na myśl, jedynie wzniecając potęgujące się zakłopotanie. Jeżeli jedyna deska ratunku okaże się równie pomocna, co grubiańscy żołnierze, to biada mi. Postanowiłem w duchu, że gości doprowadzę do własnego pokoju i będę jedynie miał nadzieję, że na gnijące zwłoki na korytarzach się nie natkniemy.
Skorzystałem z okazji, że jestem wysokościowo na równi z dwiema podporami i przyjrzałem się dyskretnie jednemu i drugiemu. Wysłannik króla miał dłuższe włosy od swojego korpulentnego kamrata. Były one kasztanowego koloru, bez oznak jakiejkolwiek siwizny. Młodzian ten wysokiego wzrostu i ewidentnie szlacheckiej krwi, co wnioskując mogłem po jego wytwornych ruchach i statecznym spojrzeniu, spozierającym ku brutalnej rzeczywistości, znajdującej się jeszcze przed nim. Drugi kompan nieco skrzywiony, wręcz gięty, o lepkich włosach i wydętych policzkach, miary mniejszej i zrazu wydawać się może, wiecznie uśmiechniętej i rozpromienionej buzi. W głębi zaiste z dobrym sercem, gdyż zaliwżdy nie wnioskować tego po tak przelewającej się na jego aparycję dobroduszności?
Na myśl nasunęło mi się kolejne pytanie. Dlaczego otwarcie nie przyznać się do władczej porażki, nie zgrywać szalbierza, a wręcz przeciwnie – flegmatycznie zacząć dzielić się z nimi bolesną empirią ostatnich czasów? Ostatecznie nagabywać ich co do okazania pobłażliwości, jako że był to pierwszy obcy garnizon pod moim dowództwem, zaś żołnierze mieli uniemożliwione przejęcie redut na dogodnych pozycjach. W razie czego podkoloryzować można najbardziej rażące potknięcia bądź abstrahować nawet od nich.
Znajdywaliśmy się już na szczycie schodów, do którego dojście zajęło znacznie więcej czasu, niż z początku zdawać by się mi mogło. Główne wejście do obwarowanej twierdzy było zastawione przez dwóch wartowników, którzy dzierżyli w dłoniach długie halabardy, zaś rycerskie zbroje odbijały światło padające z palenisk na murach. Ostatnie z nich było najlichsze, ogień pełgał, w czego rezultacie wschodnie wejście spowił szeroki cień, który ciągnął się przez prawie całe wschodnie skrzydło. Ale już tam kilku wojaków zmierzało, by obrać na wejściu pilną wartę. Czyżby ktoś zdążył im wydać rozkazy za mnie, czy po prostu z własnej woli rycerze odważyli się pomyśleć o bezpieczeństwie ludności? Jakkolwiek by nie było, zapowiadała się spokojna noc, mimo iż po ostatnich przygodach można spodziewać się właściwie w jej trakcie wszystkiego. Prawie jak oniryczne poczucie bezpieczeństwa… nim nam nie grozi. Uśmiechnąłem się na tą myśl i jąłem z dwoma kamratami zmierzać do wrót twierdzy. Co ma się stać, niechaj się stanie.
Kroczyliśmy przez hol. Budynek sprawiał wrażenie wręcz nawiedzonego, bowiem ciemność uśmiechała się do nas z każdego kąta. Trudno było spostrzec, czy leżą gdzieś pod ścianami jakieś ciała. Jeżeli nie, być może zostały już one dawno wyniesione na zewnątrz. Skierowaliśmy się w kierunku korytarza, prowadzącego do dalszego kompleksu pomieszczeń. Tu paliły się pochodnie, które oświetlały wejście do kolejnego, szerszego korytarza, na którego końcu znajdywały się wciąż wyłamane drzwi do kwatery eks-dowódcy. Zapach śmierci przejął mnie na wskroś, a zapamiętany obraz dwóch martwych halabardników w kałużach krwi nie został przeze mnie zbagatelizowany. Zagadnąłem posłańców o drodze, jaką musieli przebyć zdążając tu i o niebezpiecznych w ostatnich czasach traktach, mając nadzieję, że zbije ich to z czujności. Nie można ryzykować. Im mniej będą przeczuwali, tym podczas zdawania raportu u króla mniej będzie argumentów przeciwko mojej osobie. Liczyłem tylko na to, by nie zmiarkowali czegoś przypadkiem. Ale otóż skierowaliśmy się w stronę bocznego korytarza. Najwyraźniej w ciemności nie zauważyli niczego nadzwyczajnego na końcu poprzednieg. Dobra moja. Nie będę impulsywny i dojdę do celu… do swej komnaty stałym tempem mimo, iż adrenalina mozolnie podskakiwała. Na szczęście i tu po zwłokach ani śladu. Kolejny argument, który pozwoli mi uhonorować oddział i część zasług przypisać żołnierzom, co zaowocuje zmianą ich postawy wobec mnie. Tuż tuż znajdowała się izba, którą nie tak dawno nająłem od poprzedniego generała. Kuśtykając i podźwigając się na barczystych, ochoczo opowiadających o przebiegu podróży gościach, dotarłem do celu. Chodzić o własnych siłach mogłem, ale nie należało za dużo chwili do zbierania myśli ofiarowywać posłańcom. Chodzi tu o własne dobro, o własną skórę. A może po prostu ubrdałem sobie jakieś niebezpieczeństwo, grożące mi ze strony państwa za złe piastowanie swojego urzędu. Drzwi znajdywały się kilka arszynów od nas.
- Mam nadzieję, że nie ubodnę drogich waszmościów, jeśli na pewną chwilę zostawię was sam na sam?
- Ależ skądże.
- Naprawdę nie ma sprawy.
Tyle starczyło. Skobel podskoczył, drzwi się otworzyły. W większe zdumienie mnie nie wprawił fakt, iż w komnacie nic nie zostało ruszone. Kamień dosłownie mógł spaść z serca każdemu, kto w takiej sytuacji mógłby się znaleźć. Wszystko było na swoim miejscu: kufry, komoda, łoże, stół, et caetera. Zrobiwszy kilka pewnych kroków przed siebie, uświadomiłem przybyszom, że poruszać się mogę o własnych siłach. Ból faktycznie uderzył przez chwilę do głowy. O mały włos, a zachwiałbym się, tym samym dając dowód, iż niepodobna samemu poruszać się w takim stanie. Bóg da mi być może in spe kojfnąć po tych wszystkich zmaganiach. Przymknąwszy drzwi, skuliwszy się ruszyłem korytarzem w stronę dormitorium. Jakim cudem zdolny do chodzenia byłem, nie mam pojęcia. Liczył się fakt, by nie zastać nikogo po drodze i rzucić okiem na kilka innych istotnych pomieszczeń. Kolejne schody. Tym razem ciasne i kręte. Można podeprzeć się o ścianę i wdrapać się na kolejną kondygnację i chyłkiem rozejrzeć się trochę. Pochodnie umieszczone na ścianach co kilka łokci, wprawiały w poczucie pewności siebie i nadmiernej odwagi. Na pewno pomogło to dostać się na kolejne piętro. Znalazłem się w dormitarzu, w którym zastałem wszystkie medyczne przyrządy i inne rzeczy tak, jak podczas opuszczania tej sali kilka godzin wcześniej. Świetlista łuna spowijała całe pomieszczenie, zaś kilka osobników w białych strojach krzątało się między stołami. Nie zareagowali, gdy zdali sobie sprawę, że ktoś wyższego stanu zaszczycił ich swoją obecnością. Zajęci byli przeglądaniem nieznanych mi ksiąg, mieszaniem mikstur o mętnych, szarych kolorach. Dwie izby od tej sali, mieściło się dormitorium, w których powinien znajdować się w tej chwili obecnej chłop z zapadłej wioski i drwal z osady sąsiedniej. Liczę, że się przebudzili i będzie gotów do rozmów któryś z nich. K
Ostatnio zmieniony 27 mar 2009, 13:30 przez Kheli, łącznie zmieniany 1 raz.
- Bracia! Sami byliście świadkami obmierzłego postępowania oponentów z nami. Wbili się w nasze szeregi, niczym wilki w stado owiec i zrobili co mogliby rzetelnie od środka dokonać rzezi naszych kamratów. Nie dajmy się poddać apatii, a wyraźnie udowodnijmy, że potrafimy bronić imion swoich i towarzyszy! – spozierając ponad zakute w hełmy głowy i las włóczni przed sobą czułem, że grupy rządnych zemsty wojaków nie zdoła zatrzymać nic. – Dzisiaj będzie wasz dzień. Waszych marzeń o triumfie, o spokojnym, wolnym kraju, w którym żyć będziecie jako ludzie szczęśliwi. Odrzucicie poczucie niepewności i lęku, a oddacie się życiu godnemu zasłużonego rycerza. To właśnie tego dnia, tego świtu możecie dać dowód swojej wielkości, jak potraficie zgranie działać w grupie, którą łączą te same cele, te same idee i te same pragnienia. – Podnosząc głos, starałem się wyraźnie artykułować każde zdanie, by progresywnie nasilała się każda cenna myśl. – Ongiś wasi ojcowie przelewali krew za was i za rodziny wasze – skuteczny pomysł poruszenia wątku o przodkach nie mógł przejść mimo ucha – Teraz od was zależy, czy ich ofiara o lepszy byt miała głębszy sens! Czy ich poświęcenie i wiara nie były marnymi mrzonkami i nie poszły na marne. Oto nadarza się okazja, by pomścić śmierć waszych braci, najlepszych przyjaciół, kamratów oraz odkupić cierpienia, jakich zaznało chłopstwo zaopatrujące nas w żywność. Czy jesteście gotów pokazać światu, że jednością potraficie przełamać niejedną przeszkodę?! Że potraficie ujarzmić każdą wrogą siłę skierowaną przeciwko wam?! To jest czas dla was! Czas, w którym ukarzecie niegodziwców za ich bestialskie czyny i razem wkroczycie w świat pozbawiony waśni, niesnask i niewinnie przelanej krwi. Wkroczycie w pisaną przez siebie nową… świetlaną… przyszłość! Czy jesteście ze mną?!
Chwilowa niepożądana, niezręczna cisza zaległa nad całą twierdzą, lekko skonsternowany spojrzałem na nowego dowódcę, stojącego kilka schodków niżej mnie. Na me skinienie wydał bojowy okrzyk, a zebrana na placu armia jęła mu w mig wtórować. W efekcie dziesiątki złączonych głosów grzmiało, odbijając się od wysokich murów i unosząc się w dal. Lepszej chwili nie było, aby z pełną armią udać się w wojaż w obronie granicy. Aktualny dowódca był krępej budowy, widać doświadczony, choć niezbyt leciwy. Miał przez chwilę minę, jakby chciał pogratulować mi szczwanej reminiscencji z wykorzystaniem przodków, która miała na celu pobudzenie sumień strapionych rycerzy. Nim ruszyłem w stronę osiodłanego rumaka uspokoiłem dowódcę, że: z zagorzałym hurmem wroga przypuścimy szturmem.
Po wspięciu się na dostojnego rumaka z małą pomocą giermka, dałem sygnał do wymarszu. Zastępy chętnych do walki żołnierzy jęły wylewać się zza murów twierdzy wejściem centralnym i zmierzać na najbliższą arterię, by z jej biegiem iść na zachód w kierunku miasta zaznaczonego na mapie. Rychło w czas informować poddanych o szczegółach wyprawy, z którymi tak do końca nie zdążyłem się jeszcze zapoznać. Inherentne mi oddziały zgranie kroczyły, zbroje ich skrzypiały i napawały mnie dumą, że mam możliwość prowadzenia tych oddanych jak owieczki pastuszkowi, wojowników. Chłodno było, toteż rad się stałem z grubej warstwy odzienia, które przyodziałem przed wyruszeniem. Zdając sobie sprawę, że ciężko będzie ruszyć tropem uciekinierów, którzy mogli mieć jakiś związek ze złodziejami królewskiego skarbu zadecydowałem, że za kwaterę można obrać sobie lepiej zorganizowane gospodarczo miasto. Możemy taką armią obronić je przed najazdem niejednego przeciwnika, a wznosząc pokaźne fortyfikacje, żadna szarża nie będzie w stanie poskromić rządnych chwały i lepszej przyszłości poddanych króla.
Podróż zajęło około godziny, kiedy znad skraju pagórków, roztoczył się przed nami widok padołu z bystrą rzeką, przy której znajdowało się kwitnące życiodajnym szczęściem miasto. Społeczność tam mieszkająca zdawać się mogło, wolna była przez długi czas od plugawej rzeczywistości. Puste wzniesienia, piętrzące się na tyłach zabudowań były wręcz wymarzone, do założenia kwatery, z której będziemy decydować, co dalej. Za nimi znajdowały się góry, z których być może uda wydobyć się coś cennego, co pomoże nam dozbrajać żołnierzy. Żołnierzy, którym zapłonu do walki starczy na długo. Zaznaczony miałem na mapie przesmyk w górach, którym można przedostać się za granicę. Przydałoby się tereny owe spenetrować, ponieważ ich już ani jedna z zabranych przeze mnie map nie dosięga. Będziemy zatem zdani tylko na siebie, na swoje wyczucie i być może na wiedzę mieszkańców miasta. Kasztelan zapewne nie będzie miał nic przeciwko, jeżeli w imieniu Królewskiej Mości będę decydował o wybudowaniu pewnych newralgicznych domostw i warsztatów. Być może mieszkańcy wspomogą nas i zdradzą kilka innych urokliwych sekretów tej bajecznej kotliny, nabrzmiałej spokojem.
Wtem, dziwnym zbiegiem okoliczności, co najmniej nieprzewidzianym, świetlista łuna wyłoniła się spoza chmur i oświetliła kilkoma lazurowymi promieniami dachy gospodarstw. W powietrzu czuć było wiosnę, a skrawek drogi, zawile wiodącej do środka miasta rozgorzał nagle blaskiem odbijanego słońca w jaskrzycach się kamyczkach. Nie jestem pewien, czy poczułem to tylko ja, czy może i inni żołnierze, którzy przystanęli za mną półkołem; ale chęć wstąpienia do wiosennej wioski stała się pierwszym pragnieniem, jakiego od długiego czasu brakowało, a jakie samo powiodło i żołnierzy i mnie w dół, w kierunku tej lepszej przyszłości…
Khelu, chyba zapomniałeś, że to jest gra KaM, a nie opowieść KaM .
To briefing przed misją? Chyba nie będę tego czytał, bo więcej będzie czytania, aniżeli gry, hehe
Wg mnie briefingi przed misjami powinny być krótkie i czytelne - takie jak w TSK i TPR. Wtedy wiadomo, co i jak.
A co do misji, no to plan wygląda ciekawie. Ale to tylko plan, tylko plan...
Czekam na misję z niecierpliwością .
Ostatnio zmieniony 27 mar 2009, 15:05 przez Gogoud, łącznie zmieniany 1 raz.
Nie, tekst przed misją będzie jeszcze inny. Dołączy się go do cennych komunikatów, które wpływ będą miały na fabułę. Notabene przydałby się specjalny dział na stronie, poświęcony właśnie naszej kampanii, by ukazać nasz "produkt" w jak najwyrazistszej, czytelnej formie. Nasze dzieło zyska na oglądalności, a każdy element związany z kampanią będzie przez Fanów rozchwytywany.
Nie ma w języku polskim czegoś takiego jak "briefing" i sformułowania "a niżeli". Dziękuje jednakże za komentarz. Jeżeli nie chcesz czytać ani w tej, ani w przyszłej formie, nie musisz. Możesz się uroku misji pozbawić pomimo tego, że starałem się napisać to zgrabnie i tak interesująco, by czytelnik po zaczęciu nie czuł chęci oderwania się od tekstu. Oczywiście to, że wzdragasz się od czytania i odsuwasz uporczywie od każdej dłuższej wypowiedzi, działa tylko na Twoją niekorzyść. Na to wygląda, że samoistnie Twoja wyobraźnia woli nie działać, a jedynie wyimaginować sobie to, co ktoś wyimaginował już za Ciebie. Nie czytając, tracisz wiele frajdy.
Khelu, odsuwam się od tej dłuższej wypowiedzi, a nie od każdej dłuższej wypowiedzi, a moja wyobraźnia działa znakomicie.
Uwielbiam czytać, ale póki co nie ma jeszcze misji, dlatego nie czytam Twego tekstu.
No i jeszcze poza tematem: jak po polsku nazwać "briefing" jednym słowem?
A co do osobnego działu, to jestem gorąco za. Tyle że skoro tworzenie "Centrum Misji" stoi pod znakiem zapytania (a wielu wciąż na nie czeka, podobnie jak na poradniki dotyczące tworzenia misji), to wątpię iż taki dział powstanie. Fajnie by było mieć "Centrum Misji", a w nim osobny dział o WWK.
Choć wygląda ciekawie, na razie nie czytam. Mam nadzieję, że jutro znajdę czas
Jak nazwać inaczej "briefing"? Z tego co wiem, słowo to oznacza, mniej więcej "odprawa".
Nie wiem jakie Lucbach ma plany w związku z poradnikami. Nie wiem też czy ma jakiekolwiek. Ale wiedza na temat gry ciągle postępuje, więc prawdopodobnie, staną się one wkrótce mało użyteczne.
Jednak co do WWK - szykuje się niekrótka robota