Khelben zredagował, a Lorys pisze:To, co dzisiaj się u mnie w gimnazjum wydarzyło, nie ma sobie równych historii. Przez 3 lata nic się ciekawego nie działo, aż tu wreszcie trzecia klasa... Do szkoły naszej doszły pierszaki [i co z tego?]. Zatem, czekam z całą swoją klasą na nauczyciela, który obecnie ma z nami mieć lekcję (a czekamy na korytarzu). Wtem, przed nami jakaś stoi klasa pierwszoroczniaków, z czego dwóch z nich bije się (reszta prawdopodobnie patrzy). Na początku były to zwykłe przepychanki, aż tu nagle taki uczeń (wyglądający jak chińczyk, prawdopodobnie pochodzi z Chin) sprzedał swojemu przeciwnikowi dwie latary (aluzja?). Ofiara tego poniżającego ciosu czmychneła w wyrazie poddaństwa. W wyniku ich potyczki, ucierpiał ów uczeń oraz przypadkowe dwie doniczki z paprotkami, jakie się nawinęły im pod nogi. Preudo-chińczyk wziął [urwał?] kwiatka z parapetu i rzucił nim w uciekającego ucznia. Kwiatek jednak odbił się od drzwi (jak nietrudno się domyślić - nie trafił w cel). Jedna ze starszych osób, która się incydentowi przypatrywała (około dwudziestu lat) postanowiła przytrzymać bojowniczego malca. W tym samym czasie nauczycielka owych pierwszoklasistów zwana Panią Orłowską. Kazała natychmiast zawołać dyrektorkę patrząc, jak Pseudo-chinczyk próbuje za wszelką cenę wyrwać się z uścisku owego dwudziestolatka. Po chwili dyrektorka przyszła na miejsce bójki i kazała pójść chinczykowi do swojego gabinetu. Pseudo-chińczyk został puszczony, jednakże postarał się to wykorzystać... chwycił prostokątną paprotkę (?) leżącą na parapecie i rzucił ją w stronę Pani Orłowskiej. Nauczycielka odsunęła się gwałtownie i "pocisk" trafił w ścianę. Roztargniony chłopiec dość dalekiej odległości rzucił w adwersarza. Wściekły chybieniem, postanowił szybko powtórzyć swój rzut, błyskawicznie sięgając po kolejny "pocisk" (drugi kwiatek). Tym razem trafił w nauczycielkę. Dokładniej - w nogę. Pan woźny, co zjawił się szybko na miejscu akcji, poprosił skinieniem o pomoc bezimiennego dwudziestolatka w przytrzymaniu porywczego młodzieńca. Gdy ci już go trzymali (a przynamniej myśleli, że im się nie wyrwie), Pseudo-chińczyk uwolnił pospiesznie rękę, by ugodzić nią Pana Woźnego w oko.
Gdy już moja klasa (wraz ze mną) została wepchnięta do klasy, dobiegał nas głos drącego się gniewnie z korytarza Pseudo-chińczyka. Na następnej lekcji ów agresywny chłopiec był w jakiejś sali umieszczony pod strażą Pana Woźnge. Na lekcji historii, na ścianie zawieszono tabliczkę informującą - jeżeli (Preudo-chińczyk) zacznie robić jakieś ekscesy ma się natychmiast powiadomić o tym władze, lub/i nauczycieli (?). Pewien czas później, gdy to młodociany bojownik siedział już na lekcji biologii na drugim piętrze, próbował ponoć się z budynku wydostać przez otwarte okno, lecz w ostatniej chwili został złapany za pazuchy. Resztę szkolnego czasu nieszcześcik spędził z Panem Woźnym, któremu powierzono pilnowanie nieprzewidywalnego, stropionego dzieciaka.
Mam nadzieję, iż tą wersję czytało się ździebko przyjemniej, jak również iż ktoś doceni moje starania w przełożeniu tamtej wersji napisanej po polskiemu na przyjazny nam język polski.
